O METODZIE!!!

Witamy serdecznie,miło nam gościć Państwa na naszej stronie poświęconej szkoleniu psów, ich wychowaniu oraz ogólnie pojętej kynologii. Chcielibyśmy aby zapoznali się Państwo z naszymi metodami, którymi posługujemy się podczas naszej pracy z czworonogiem. Dla nas szkolenie psów to nie tylko wykonywanie rozkazów, ale również kontakt z psem i poznanie jego psychiki. Staramy się do każdego klienta podchodzić indywidualnie, a nasze bogate, wieloletnie doświadczenie w zakresie szkolenia psów sprawia, że jesteśmy w stanie poradzić sobie z każdym problemem. Każdy pies posiada innych charakter, inne potrzeby, stanowi swoistą indywidualność – szkoły dla psów umożliwiają lepszą komunikację ze zwierzakiem. Dzięki szeregu zróżnicowanych zajęć tworzymy niepowtarzalną więź z psem, uczymy się jego języka,a on naszego. Każdy z Was otrzyma od nas swój własny pomysł na psa. W dalszej części naszej strony internetowej znajdziecie Państwo informacje: o nas, o dokładnych metodach naszej pracy oraz usługach jakie wykonujemy. Jesteśmy przekonani, że każdy właściciel czworonoga znajdzie coś dla siebie. Serdecznie zapraszamy na szkolenia psow. Wroclaw i okolice.

 

Psy szkolone w Centrum grają w "Kotlinie" - spektaklu w reżyserii Agnieszki Olsten

"Kotlina" od wrzesnia znów w teatrze!!!

W sobotę premiera "Kotliny" we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Na scenie, w adaptacji powieści Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych", oprócz aktorów - m.in. Renate Jett, Bogusława Kierca i Marty Malikowskiej - pojawią się trzy psy - Wena, Santos i Kolo. Reżyseruje Agnieszka Olsten, a o współpracy ludzi i zwierząt podczas teatralnych prób i nie tylko opowiada trener Krzysztof Tatar

 

Rozmowa z Krzysztofem Tatarem

 

Magda Piekarska: Możesz przedstawić bohaterów "Kotliny"?

Krzysztof Tatar*: Proszę bardzo. Oto Santos, owczarek niemiecki, ma 18 miesięcy, jest żywiołowy, zabawowy. Pomaga mi też we Wrocławskim Teatrze Lalek, gdzie uczymy dzieci, jak postępować z psami. Wena to rodezjan - ta rasa nie jest łatwa w szkoleniu.

Pies na lwy.

- Po to je stworzono. Ale nie widziałem jeszcze rodezjana, który byłby aż tak odważny. No i golden retriever Kolo - zna go publiczność "Zaczarowanego podwórka" w Capitolu, gdzie gościnnie występuje. Bywa też ze mną w szkołach i przedszkolach, gdzie prowadzimy zajęcia dla dzieci. To są wszystko psy moich kursantów, które "odpracowują" w ten sposób szkolenie

Kim są Wena, Kolo i Santos na scenie? Aktorami?

- Odzwierciedlają to, co ludzie o nich myślą i co w stosunku do nich czują. Ale z całą pewnością nie grają. Bawią się, chodzą, biegają. Tę pracę nad spektaklem traktują zadaniowo - mają gdzieś pobiec, przynieść piłkę, obszczekać kogoś. Bo pies potrzebuje pracy. Gdyby jej nie było, zastrajkowałyby i nie chciał brać udziału w próbach. Musi być jakaś robota, jeśli jej nie ma, zaczynają się dewiacje.

Jaki jest sens angażowania ich do tego spektaklu?

- One tworzą wspólnotę z aktorami na scenie. Cały spektakl odnosi się do myśli zawartej w książce Tokarczuk - że od tego, jak dbamy o zwierzęta, zależy, w jakim żyjemy kraju. Pies jest od pięciu tysięcy lat z człowiekiem. Jest udomowionym zwierzęciem. Pomaga nam. I to jest dobry moment, żeby zobaczyć, czy jeśli chodzi o stosunek do zwierząt, jesteśmy już w XXI wieku, czy może nadal w średniowieczu.

Psy musiały się długo oswajać z realizatorami spektaklu?

- Strasznie długo. Dla nich każdy nowy człowiek to obcy. Pies patrzy na niego i zastanawia się: "Czego on chce ode mnie". Renate Jett, która gra Janinę Duszejko, musiała przyjąć na siebie rolę przywódcy stada i mądrze podejść do psów. Pracowaliśmy nad tym cały kwartał, z treningami trzy-cztery razy w tygodniu. Ale dopiero teraz, tuż przed premierą, sytuacja nabrała kształtu.

Był jakiś moment przełomowy?

- Nie, taka praca to proces. Nie można działać ściśle według planu, zakładać, że w danym momencie uzyskasz określony efekt. Bo psy mogą wywinąć nagle taki numer, że sytuacja na scenie wywróci się do góry nogami. Ryzyko jest tym poważniejsze, że widz zwraca na nie większą uwagę niż na aktorów.

Praca polegała na szkoleniu psów czy ludzi?

- Przede wszystkim ludzi. Moja praca generalnie polega na tym, żeby uzmysłowić ludziom, jakie błędy popełniają. Bo to one skutkują złym zachowaniem psów. Muszę być najpierw dobrym psychologiem ludzkim, a dopiero później psim. Jeśli się znasz na psach, a nie potrafisz przekazać tej wiedzy ludziom, nie ma szans na zmianę.

Były jakieś próby przy udziale publiczności? To dodatkowy element, którego w pracy nad spektaklem zabrakło, a który może zmienić sytuację na scenie.

- Niestety, nie. Ale będę siedział wśród widzów, w pierwszym rzędzie, żeby ludzie obok czuli się bezpiecznie. Bo psy od publiczności będzie dzielić tylko odległość wyciągniętej ręki. Nie każdy będzie czuł się komfortowo w tej sytuacji.

W dodatku trzeba się liczyć z tym, że spektakl za każdym razem będzie wyglądał inaczej?

- Jak najbardziej. Sytuacja jest mocno nieprzewidywalna. Psy działają spontanicznie. Może się zdarzyć kopulacja czy zaznaczanie terenu. Bo dla psów teatr to nie jest miejsce święte. Podłoga to tylko deski, tylko dla nas to scena. Zresztą o to właśnie chodzi - Agnieszce Olsten bardzo zależało na tym, żeby zachowywały się naturalnie. Bo to nie miał być pokaz tresury, raczej przeniesienie na scenę sytuacji, w której pies funkcjonuje naturalnie we własnym środowisku.

Ale pewnie są sytuacje, w których psy zostaną sprowokowane do pewnych czynności?

- Tak, ale nie zdradzę, kiedy.

Ktoś, kto czytał książkę Olgi Tokarczuk, może być zdziwiony ich obecnością. W "Prowadź swój pług przez kości umarłych" pojawia się wprawdzie jeden pies, ale pozostałe istnieją tylko we wspomnieniu bohaterki. Bo zostały wcześniej zastrzelone przez myśliwych. Więc można się domyślić, że w spektaklu ta sytuacja będzie pokazana.

- No tak.

Zastanawiam się, jak zareagują na to psy. Bo przecież zupełnie inaczej traktowałyby taką sytuację z udziałem obcego człowieka. Z tym oswojonym mogą zobaczyć w niej element zabawy.

- Właśnie tak to zrobiliśmy - zależało nam na tym, żeby traktowały to jako element zabawy.

Podczas spektaklu realizatorzy musieli przepracować swoje psie traumy. Np. dramaturg Igor Stokfiszewski bał się psów, bo dwukrotnie został przez nie pogryziony.

- I dziś już wie, że jego strach jest efektem tego, jak mało o nich wiedział. Trzymał się tej swojej traumy, a ja pokazałem mu z pomocą bardzo prostych technik, jak zbijać psa z tropu, po to, żeby przestał zwracać na nas uwagę. W trakcie prób wziął udział w takiej ostrej konfrontacji z udziałem jednego z psów. Od tej pory już się nie boi. Więc można powiedzieć, że spektakl zadziałał terapeutycznie już na poziomie prób.

Skąd się wzięła ta blizna na twojej twarzy?

- Pies złapał mnie za twarz i wybił mi zęby. Tutaj, w rękę, ugryzł mnie owczarek belgijski, a na nodze mam ślad po owczarku niemieckim. Miałem jeszcze żebro strzaskane przez boksera. To wszystko efekt szkoleń. Byłem też pozorantem, szkoliłem psy policyjne, a podczas takich akcji wszystko może się zdarzyć.

Po czymś takim można się zniechęcić do kontaktów z psami.

- Jak ktoś nie ma charakteru, to owszem. Poza tym ja na drugi dzień po takiej przygodzie muszę być w pracy. Nie mam przerw i czasu na hodowanie strachu. W dodatku z psami mam do czynienia od wczesnego dzieciństwa. Mój ojciec jest hodowcą owczarków niemieckich długowłosych i sędzią kynologicznym.

Twój pierwszy pies?

- W jednym z miotów znalazła się suka, Asta, której uszy nie stanęły i dlatego nikt jej nie chciał. Tata zapytał: "chcesz psa?". Powiedziałem, że tak. Nauczyłem ją tyle rozmaitych rzeczy, że razem wygraliśmy mistrzostwa Polski. Asta żyła 14 lat. Tak się zaczęło. Potem pojawiły się zaproszenia do telewizji, do teatrów. Razem z kolegą założyliśmy fundację, która szkoli i szuka domów dla psów, przez innych spisanych na straty. Gdybyśmy im nie pomogli, wiele z nich zostałoby uśpionych. Robimy wszystko, żeby już nigdy nie musiały wrócić do schroniska - jeśli ktoś zdecyduje się wziąć stamtąd psa, szkolenie ma gratis. Bo nieszczęście tkwi nie w samych zwierzętach, co w ludziach, którym wydaje się, że chcieliby je mieć. A którzy często w ogóle nie powinni mieć do czynienia z psami.

Kto nie powinien mieć psa?

- Ktoś, kto nie ma czasu dla niego - to po pierwsze. Po drugie, trzeba mieć też trochę pieniędzy. Karma jest droga, weterynarz też kosztuje. No i trzeba kochać psy. Nie można ich kupować tylko dlatego, że dziecku spodobał się szczeniak jakiejś rasy. Tacy rodzice nie rozumieją, że ten szczeniak wyrośnie na dużego psa i że nie jest pluszową zabawką. W efekcie szybko zaczynają się problemy, które kończą się tym, że mamy w schronisku 450 psów.

Niedawno przez łamy "Gazety" przetoczyła się debata na temat obecności psów w mieście. I okazało się, że ta kwestia budzi nieprawdopodobne emocje. Po obu stronach barykady - przeciwnicy psów we Wrocławiu twierdzą, że powinny zniknąć z parków i ulic, bo brudzą, śmierdzą i są niebezpieczne. A jeśli już muszą tu być, to wyłącznie na smyczy i w kagańcu. Bo najlepiej byłoby wywieźć je na wieś.

- Przecież psy były tutaj przed nami, ten gatunek jest od nas starszy. To my, nawiązując z nim relacje, oswoiliśmy go i jesteśmy za to odpowiedzialni. Pies, owszem, może być niebezpieczny. Może być bronią przeciwko innym ludziom i zwierzętom. Ale może być również twoim najlepszym przyjacielem. Pod warunkiem, że będziesz wiedzieć, jak z nim postępować. Psy przeszkadzają? Są w ratownictwie górskim, wodnym, w policji. Mamy dziś najnowocześniejsze urządzenia, najnowsze technologie do wykrywania narkotyków i materiałów wybuchowych. Jednak to nie tego sprzętu, ale psiego węchu nie oszukasz.

Przeciwnicy obecności psów w mieście nie mają jednak na myśli tych zwierząt, które pracują w rozmaitych służbach.

- I jak najbardziej rozumiem, że trzeba właścicieli zwierząt uczyć, żeby sprzątali po swoich zwierzętach, żeby na nie uważali - nie robiąc tego, dostarczają tylko argumentów przeciw sobie. Pamiętajmy jednak, że za każdym razem, kiedy pies rzuca się na człowieka, wina zwierzęcia jest żadna. To zawsze jest wina właściciela, kwestia braku wiedzy. No i zasadnicza sprawa: jeśli chcę mieć auto, muszę zrobić prawo jazdy, przed podjęciem decyzji w sprawie psa warto byłoby przejść chociażby minimalne szkolenie. Na szczęście świadomość społeczna wzrasta i na szkolenia zgłasza się coraz więcej osób.

"Kotlinie" towarzyszy akcja Wrocławskiego Teatru Współczesnego - powstaje lista miejsc przyjaznych zwierzętom. Pies w kawiarni czy restauracji nie jest problemem?

- Dobrze wyszkolony pies, nie tylko jeśli chodzi o posłuszeństwo, ale pewien wzorzec zachowań, nie sprawi w takich miejscach najmniejszego problemu. Mój owczarek niemiecki na nikogo nie spojrzy w knajpie. Do nikogo nie podejdzie, od nikogo nic nie weźmie. Będzie leżeć pod stołem, zrelaksowany, nie reagując na zaczepki.

Chodzisz z nim do knajp?

- Wszędzie, gdzie mnie wpuszczają.

Czyli?

- Do Casablanki, Papug, Mleczarni, która współpracuje z moją fundacją. To tylko kwestia dobrej woli właścicieli. Ale oczywiście zdarzają się też lokale, gdzie obowiązuje zakaz wstępu z psem. Więc z nich nie korzystam i tracą przez to klienta, bo jadam na mieście dwa-trzy razy w tygodniu.

Jesteś trenerem, nie treserem. Jaka jest różnica?

- Tresuje się dzikie zwierzęta, szkoli udomowione - to pierwsza różnica. Poza tym tresura to działanie siłowe, ja staram się motywować pozytywnie. W tresurze nie ma elementu współpracy między człowiekiem a zwierzęciem. Tak można wyuczyć wykonywania mechanicznie pewnych poleceń, reagowania na bodźce, ale nic więcej.

* Krzysztof Tatar szkoleniem psów zajmuje się od 23 lat. Razem z Ireneuszem Czerniejewskim prowadzi fundację "Dwa plus cztery", która pomaga niechcianym zwierzakom znaleźć nowe domy. Bierze udział w realizacji spektaklu "Kotlina" we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, szkoląc psy, które biorą w nim udział.

Cały tekst: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,13529056,On_to_wie_i_ja_tez_wiem__jak_rozmawiac_trzeba_z_psem.html@as=2#ixzz2NbAZgr70


PARTNERZY

tajski masaż http://designlogo.pl/ sterydy nethttps://higieniczny.pl/lampy-owadobojcze.html klinika przeszczepy włosów skyclinic ling fluent

           

Znajdziesz nas w Google+

CENTRUM NA TWITTERZE